7-8
2014
lipiec-sierpień
W następnym numerze
Prenumerata
Miesięcznik Palestra
Orzecznictwo Izby Karnej i Izby Wojskowej Sšdu Najwyższego
Rocznik OSN w sprawach karnych
Kontakt
Kolegium
www.palestra.pl środa, 30 lipca 2014
*artykuł


 Palestra 7-8/2009


Stanisław M. Przyjemski, dr, em. SSN, docent w Prywatnej Wyższej Szkole Administracji, Businessu i Technik Komputerowych (Warszawa)

Rec.: Leszek Olejnik , Zdrajcy narodu? Losy volksdeutschów w Polsce po II wojnie światowej, Warszawa, Wydawnictwo TRIO 2007, ss. 270.

Obywatel, będący członkiem zespolonej w organizację państwową zbiorowości, a więc przynależny do danego państwa, ma szczególny obowiązek wstrzymania się od wszelkiej działalności, która mogłaby wolę tej zbiorowości, nakierowaną na posiadanie własnego państwa, w czymkolwiek naruszyć. Sprawdzianem pełnej łączności nie tylko formalnej, ale i moralnej jednostki ze społecznością narodową, czyli jej wierności obywatelskiej, jest ustosunkowanie się do własnej organizacji państwowej w zestawieniu z obcą. Przez wiele powojennych lat w Polsce podnoszono, że nasz kraj był jedynym spośród podbitych przez III Rzeszę Niemiecką, w którym nie pojawił się polski Quisling . W istocie tak było, że Niemcy nie powołali nigdy quasi-polskiego, sobie podporządkowanego, rządu, nie sformowali podporządkowanej dowództwu niemieckiemu jednostki wojskowej złożonej z Polaków. Co nie znaczy jednak, że przeszkodą dla okupanta była tu zwarta, jednoznacznie antyniemiecka postawa Polaków. W rzeczywistości Polacy mieli stosunkowo niewiele możliwości oficjalnego kolaborowania z okupantem. Trzeba tu sobie otwarcie, choć z żalem, wyraźnie powiedzieć, że niektórzy z naszych rodaków czynili w tym kierunku zabiegi. Niemcy tych ofert nie przyjmowali. Polski Quisling by się znalazł, gdyby okupant udzielił mu koncesji . Hitler od początku wykluczył powołanie polskiego państwa marionetkowego, choć przyznać należy, że dochodziło do prób zbliżenia ze strony niektórych polskich polityków .
W prezentowanej książce Leszek Olejnik przedstawił skomplikowany i do czasów obecnych kontrowersyjny temat liczącej 2 mln 762 tys. zbiorowości polskich obywateli, którzy w czasie wojny wyrzekli się rodzimej narodowości i zgłosili akces do narodu niemieckiego. Akces ten realizowany był przez podpisanie Volkslisty, czyli niemieckiej listy narodowej. Osoby takie w oficjalnej niemieckiej nomenklaturze urzędowej występowały pod nazwą Volksdeutsch . Polacy używali wobec tych osób spolonizowanej formy folksdojcz. Taka też używana jest w tej książce. Autor przedstawia w niej przyczyny, okupacyjne uwarunkowania prawne, powojenną odpowiedzialność moralną i karną za odstępstwo od narodowości polskiej i wreszcie możliwości poddania się przez wcześniejszych odszczepieńców postępowaniu rehabilitacyjnemu w wolnej Polsce.
Zasadnicza, merytoryczna, część pracy składa się z sześciu rozdziałów.
W rozdziale I – Problemy volksdeutschów w latach okupacji hitlerowskiej, Autor wprowadza w genezę zjawiska.
Już na długo przed wybuchem II wojny światowej, od początku dojścia w Niemczech do władzy hitlerowców, opracowywane były reguły „odzyskiwania” dla narodu niemieckiego poszczególnych osób lub członków pewnych społeczności, które w tym czasie były obywatelami innych państw, a które w przebiegu pomyślnej realizacji przez Niemcy polityki, mogłyby znaleźć się w obszarze administracyjnym III Rzeszy jako Eingedeutschte, tj. włączeni w niemieckość . Za podstawę takiej możliwości naziści przyjmowali określone przez siebie minima, na których można by oprzeć twierdzenie, że wskazana osoba ma w sobie krew niemiecką, a w każdym razie germańską. „Odzyskiwanie” to miało prowadzić do znacznego, liczebnego, zwiększenia narodu niemieckiego, co stanowiło też uzasadnienie dla potrzeby znalezienia dla tego rozrastającego się narodu niezbędnej dla niego przestrzeni życiowej. Realizacja tego zamiaru miała dalekosiężne plany skierowane na to, by na podbitych terenach znajdowali się lojalni wobec III Rzeszy obywatele zaludniający dla tzw. Wielkich Niemiec (Grossdeutschland) nową przestrzeń życiową (Lebensraum).
Przed wojną żyło w Polsce 0,9 mln ludzi niemieckiego pochodzenia, otwarcie przyznających się do niemieckości. Wielu z nich z zadowoleniem przyjęło niemiecką okupację. Zaczęli odgrywać pewną rolę w niemieckim aparacie okupacyjnym, w administracji, policji i gospodarce, gdzie faworyzowano ich przy zatrudnieniu, gdyż znali zarówno język niemiecki, jak i polski, ale też, co szczególnie ważne dla okupacyjnej administracji, miejscowe stosunki.
Przystępując do okupacji Polski, hitlerowcy nie zakładali, że cała ludność jej zaanektowanej części zostanie przyjęta przez Rzeszę jako obywatele niemieccy i przynależni do państwa niemieckiego. Niemiecką przynależność państwową otrzymać mieli tylko obywatele polscy narodowości niemieckiej. Podstawy prawne niemieckiej listy narodowej usankcjonowały koncepcję ostrego zróżnicowania narodowego i rasowego obywateli polskich. Celem tej polityki było wewnętrzne rozbicie społeczeństwa polskiego, zgodnie z zasadą „dziel i rządź”.
W 1940 r. Heinrich Himmler polecił opracować niemiecką listę narodową. Miała ona służyć za instrument rejestracji obywateli polskich niemieckiego pochodzenia, ich klasyfikacji i germanizacji, jeśli już byli spolonizowani. Rozporządzenie z 4 marca 1941 r. o niemieckiej liście narodowej i niemieckim obywatelstwie na włączonych obszarach wschodnich (Verordnung über die Deutsche Volksliste und die deutsche Staatsangehörigkeit in den eingegliederten Ostgebieten) stanowiło o utworzeniu aktu, dzielącego się na cztery grupy w celu ujęcia stanu ludności, która pod pewnymi warunkami mogła być traktowana jako niemiecka. Skład osobowy każdej grupy precyzował okólnik z 13 marca 1941 r. Podstawowym elementem obu zarządzeń było z jednej strony określenie metod podziału na cztery wyznaczone grupy, z drugiej zaś określenie uprawnień osób przynależnych do którejś z nich.
Do grupy pierwszej wpisywano obywateli polskich narodowości niemieckiej zamieszkałych po pierwszej wojnie światowej w Polsce. Do drugiej zaliczono tych Niemców, którzy wprawdzie nie wyróżniali się w czynnym udziale w walce narodowościowej, ale zachowali swoją niemieckość. Do trzeciej grupy zaliczono: osoby pochodzenia niemieckiego, które uległy polonizacji, osoby narodowości polskiej, żyjące w małżeństwie z osobą narodowości niemieckiej oraz Ślązaków, Kaszubów i Mazurów. Grupa czwarta przeznaczona była dla osób, które mogły się wykazać (lub których co do tego można było przekonać), że choć od strony jednego z rodziców płynie w nich jakaś część niemieckiej krwi. Objęcie tej kategorii osób niemiecką listą narodową wynikało z dążenia „do zachowania każdej kropli niemieckiej krwi”.
Po dojściu do władzy narodowi socjaliści ustawę tę kilkakrotnie nowelizowali. Doprowadzili do rozróżnienia między „przynależnością państwową” – Staatsangehörigkeit a „obywatelem Rzeszy” – Reichsdeutsche. W ten sposób za „przynależnego państwowo” uważany był każdy, bez względu na swoje kwalifikacje, natomiast za „obywatela” Rzeszy tylko ten, w którego żyłach płynęła niemiecka krew. Musiał nie tylko nadawać się do oddanej pracy na rzecz Rzeszy Niemieckiej, ale wykazać też, że zamierza jej wiernie służyć.
L. Olejnik wskazuje, że skala potępienia volksdeutschów przez społeczeństwo polskie nie była jednolita. Potępienie odszczepieńców było szczególnie widoczne na obszarze Generalnego Gubernatorstwa, jak i terenów tzw. Kraju Warty (Poznańskie i Łódzkie), bowiem tam okupant nie stosował przymusu wpisu na niemiecką listę narodowościową. Tam też niechęć do volksdeutschów była duża, gdyż jej adresatem byli w przeważającej mierze Niemcy bądź osoby pochodzenia niemieckiego. Dowcip polityczny okupowanego społeczeństwa polskiego, godzący w volksdeutschów, był szczególnie kąśliwy. Autor prezentowanej książki przytacza m.in. obiegowy z tego okresu wierszyk, powtarzany z ust do ust z zachowaniem odpowiedniej ostrożności, o treści:

„Kto ty jesteś – volksdeutsch cwany,
Jaki znak twój? – krzyż złamany.
Kto cię stworzył – zawierucha.
Co cię czeka? – gałąź sucha”.

Odmiennie wyglądała sytuacja na tej części ziem wcielonych, gdzie w szerszym zakresie był stosowany nacisk bądź przymus zapisu o różnym stopniu natężenia, w zależności od czasu, obszaru i polityki lokalnego zarządcy. Polegał on na wytworzeniu atmosfery strachu. Były to często osobiste i rodzinne tragedie, które ludzi do podpisania niemieckiej listy narodowej zmuszały. Jeśli np. okupant dotarł do czyichś niemieckich korzeni, to osoba ta, jeżeli odmawiała podpisania listy, narażała się na różnego rodzaju szykany.
Jak się ocenia, terror dotknął około 10% mieszkańców Pomorza, szczególnie tępiono warstwę kierowniczą. Represje zniszczyły polską kulturę, szkolnictwo, język. Ograniczone zostały materialne podstawy egzystencji ludności polskiej. Opornym grożono zwolnieniem z posady, pozbawieniem kart żywnościowych, wysiedleniem lub zesłaniem do obozu, odmawiano sprzedaży węgla i ziemniaków w przypadku niewykazania się złożonym podaniem na Deutsche Volksliste. Na Pomorzu Albert Forster stawiał Polaków przed alternatywą: prawa Niemców lub status niewolników. Na Górnym Śląsku akcji terroru, wysiedleń, bicia i więzienia, towarzyszyła urabiana przez Niemców świadomość, że to dopiero „początki”. Samo przyznawanie się do polskości było zdradą narodu niemieckiego, albowiem Himmler zaliczył do osób pochodzenia niemieckiego wszystkich Ślązaków. W tajnym okólniku Himmler groził osobom sprzeciwiającym się przyjęciu Volkslisty skierowaniem do obozu koncentracyjnego .
Mimo tego niebywałego w dziejach państwa polskiego terroru obywatele, którzy swoją lojalność wobec okupantów przypieczętowali dobrowolnym przyjmowaniem Volkslisty, z reguły otaczani byli ostracyzmem otoczenia. Dość powszechne było przekonanie, że w wypadku odwrócenia się losów wojny i klęski Niemiec osoby takie powinny być pociągnięte do odpowiedzialności karnej.
Powyższą kwestię L. Olejnik rozwinął w rozdziale II – Gdy obowiązywał dekret o „zdrajcach narodu”.
Zasadniczy problem dla powojennych władz polskich wyniknął stąd, że nie istniały stosowne normy, które zgodnie z oczekiwaniami większej części społeczeństwa polskiego umożliwiałyby, jak gdyby w formie odpłaty, załatwienie spraw polegających na niegodnym zachowaniu się jednostek czy grup wobec okupanta niemieckiego.
Przewidywanym na okres powojenny powodem represji wobec volksdetschów było przyjęcie narodowości niemieckiej, uznane za zdradę narodu i przejście na stronę wroga. Czyn ten traktowany był tak dlatego, że państwo niemieckie otwarcie budowało swoją ideologię i ustawodawstwo na teorii wyższości rasy germańskiej nad innymi rasami. Zrozumiałe jest zatem, że powojenne ustawodawstwo żadnego z państw okupowanych przez III Rzeszę nie mogło tolerować czynów, będących aktem złamania solidarności społecznej w okresie najcięższej próby . Legislacyjne uregulowanie tej kwestii w Polsce rozpoczęto wraz z postępującym cofaniem się Niemców z terenu Polski pod uderzeniami Armii Czerwonej. Jedna z tez dekretu PKWN z 22 lipca 1944 r. zapowiadała, że „Zadaniem niezawisłych sądów polskich będzie zapewnić szybki wymiar sprawiedliwości. Żaden niemiecki zbrodniarz wojenny, żaden zdrajca narodu nie może ujść kary” .
Chronologicznie ujmując, pierwszym takim aktem był dekret PKWN z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego .
Następnym aktem ustawodawczym był dekret z 4 listopada 1944 r. o środkach zabezpieczających w stosunku do zdrajców narodu. Posiadał on moc obowiązującą na obszarze byłego tzw. Generalnego Gubernatorstwa i w województwie białostockim .
Z kolei na zachodnich ziemiach polskich, wcielanych w czasie okupacji do Rzeszy Niemieckiej, obowiązywała ustawa z 6 maja 1945 r. o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów . W ustawie tej zróżnicowano sposób postępowania wobec volksdeutschów w zależności od uznania, czy na określonym obszarze był stosowany przymus wpisu na volkslistę. Przewidziano w tym akcie dwa tryby rehabilitacji: administracyjny i sądowy. Wpisani do III i IV grupy na obszarach, gdzie stosowano przymus zapisu, zobowiązani byli jedynie do złożenia Deklaracji wierności Narodowi i Demokratycznemu Państwu Polskiemu. Przypomina Autor, że kto jej nie złożył, podlegał specjalnym rygorom, mógł być umieszczony na czas nieoznaczony w przeznaczonym na to obozie, poddany w nim przymusowej pracy, tracił na zawsze prawa publiczne oraz obywatelskie prawa honorowe, a jego majątek ulegał przepadkowi.
Do orzekania w sprawach wymienionych w dekretach z 31 sierpnia 1944 r. i z 4 listopada 1944 r. oraz do sprawowania nadzoru w toku instancji w sprawach rozpoznawanych na mocy ustawy z 6 maja 1945 r. właściwe były, powołane dekretem PKWN z 12 września 1944 r., specjalne sądy karne dla spraw zbrodniarzy faszystowsko-hitlerowskich .
Dekret z 4 listopada 1944 r. i ustawa z 6 maja 1945 r. zostały wkrótce zastąpione aktem prawnym regulującym jednolicie na obszarze całego państwa odpowiedzialność za odstępstwo od narodowości polskiej, zgodnie z zasadami powszechnego prawa karnego. Zrealizowane to zostało w dekrecie z 28 czerwca 1946 r. o odpowiedzialności karnej za odstępstwo od narodowości w czasie wojny 1939–1945 r.
W art. 1 § 1 została określona dyspozycja tego nowego przestępstwa:
Kto, będąc obywatelem polskim, w czasie pomiędzy 1 września 1939 r. a 9 maja 1945 r. zgłosił swoją przynależność do narodowości niemieckiej lub uprzywilejowanej przez okupanta,
podlega karze więzienia do lat 10.
Jak widać, przestępstwo z art. 1 dekretu można było popełnić tylko z winy umyślnej, a żadnego z tych znamion nie zawierało zaliczenie do kategorii „Leistungs-Pole” . Osoby tej grupy nie były zatem pociągane do odpowiedzialności karnej.
L. Olejnik podkreśla, że ówcześnie zachowywał moc (do 31 grudnia 1969 r.) Kodeks karny z 1932 r. Tak więc art. 1 dekretu w stosunku do art. 100 k.k. 1932 stawał się lex specialis.
Za zgłoszenie przynależności do narodowości niemieckiej uznane zostało również zgłoszenie pochodzenia niemieckiego (art. 1 § 2).
Należy tu za Autorem przypomnieć niezwykle istotną okoliczność. Tę, że dekret wskazywał trzy przypadki wyłączenia karalności za zgłoszenie przynależności do narodowości niemieckiej lub uprzywilejowanej. Stanowił to art. 4, a mianowicie:
Nie podlega karze:
a) kto zgłosił przynależność do narodowości niemieckiej lub uprzywilejowanej przez okupanta w celu uniknięcia ciężkiego prześladowania ze strony władz albo organizacji politycznych niemieckich za trwanie przy swojej narodowości, jeżeli prześladowania nie można było bez szczególnych trudności uniknąć w inny sposób,
b) kto pomimo zgłoszenia swojej przynależności do narodowości niemieckiej lub uprzywilejowanej przez okupanta brał w kraju lub za granicą udział w walkach wyzwoleńczych albo dobrowolnie wstąpił do wojska lub organizacji wolnościowej, walczących z państwem niemieckim lub z nim sprzymierzonym, albo też z narażeniem wolności lub życia okazywał czynnie pomoc społeczeństwu polskiemu,
c) kto również przed 1 września 1939 r. stale wykazywał swoją przynależność do narodowości niemieckiej lub uprzywilejowanej przez okupanta.
Powyższy zapis świadczy o tym, że okupacyjne, zrozumiałe, uprzedzenia społeczeństwa polskiego wobec osób, które volkslistę podpisały, nie zamazały jednak niezbędnego obiektywizmu przy stanowieniu prawa, jakiemu te osoby miały zostać poddane.
Akcja rehabilitacyjna stanowi treść rozdziału III. Autor rozwija w nim rozwiązania prawne na ziemiach wcielonych do Rzeszy, przebieg akcji rehabilitacyjnej i jej wyniki, a także prezentuje krytykę przyjętych rozwiązań. Wywodzi, że władze centralne nie miały wówczas spójnej koncepcji rozwiązania kwestii volksdeutschów. Na obszarach włączonych do Rzeszy sytuacja była szczególnie trudna. Po wojnie zdawano sobie sprawę z tego, że okupant, na niektórych terenach, stosował przymus wpisu na niemiecką listę narodową. L. Olejnik przytacza wystąpienie Bolesława Bieruta na posiedzeniu Rządu Tymczasowego w dniu 21 stycznia 1945 r., na którym on stwierdził:
„o ile tutaj, w Generalnym Gubernatorstwie najczęściej na volksdeutschów zapisywały się elementy zdradzieckie, to tam przeważnie ludzie ratujący się przed represjami”. Jednakże wydawane w sprawie rehabilitacji przepisy były wzajemnie niekoherentne. Widoczny był rozziew między przepisami aktów o randze ustawowej z aktami wykonawczymi. Orzecznictwo sądowe miało ogromne kłopoty z wypracowaniem w miarę spójnej linii orzeczniczej, decyzje administracyjne pozostawiały też wiele do życzenia. Sytuację taką – jak pisze
L. Olejnik – skrytykował latem 1945 r. Jan Stańczak – minister pracy i opieki społecznej. Miał się wyrazić: „…sprawę tę należałoby załatwić wydaniem generalnej amnestii dla masy ludzi zapisanych na listy volksdeutschowskie z zarezerwowaniem sobie prawa ścigania tych jednostek, które zapisały się dobrowolnie i wykorzystywały ten tytuł do działania na szkodę państwa lub poszczególnych jednostek…”. Głosy takie płynęły też ze strony Kościoła. Autor przytacza tu słowa ewangelickiego duchownego księdza Kotuli, iż „Państwo powinno na to wszystko jak najprędzej spuścić zasłonę i jak najprędzej całą tę sprawę ostatecznie uregulować. Taki bowiem stan zawieszenia jest na dłuższą metę ze wszech miar szkodliwy… To bowiem budzi w otoczeniu szkodliwe instynkty, daje powód do nadużyć i krzywd, co wyrządza tak wielkie moralne szkody w społeczeństwie, że ich nic nie zrównoważy…”. Za rozwiązaniem sprawy volksdeutschów na Śląsku „jednorazowym aktem prawnym” wypowiadał się publicznie ówczesny wojewoda śląski gen. Aleksander Zawadzki.
Szczególnie trudną sytuację opisywanej zbiorowości społecznej na terenach opuszczanych przez władze hitlerowskie i stopniowo zajmowanych przez oddziały Armii Czerwonej i Wojsko Polskie prezentuje Autor w rozdziale IV – Położenie volksdeutschów. Rozwija tę kwestię w podrozdziałach: żywiołowe represje, opinia społeczna o volksdeutschach, za drutami obozów, volksdeutsche „na wolności” i sytuacja zrehabilitowanych.
Streszczając całość tej części, można sine ira et studio powiedzieć, że sytuacja volksdeutschów, którzy znaleźli się w tej całkowicie dla nich nowej sytuacji, była wręcz dramatyczna. Bywało, że stawali się obiektami brutalnych samosądów ze strony miejscowej ludności, która volkslisty nie przyjęła. Nie mogli liczyć na pomoc ze strony Milicji Obywatelskiej czy organów bezpieczeństwa, a kontaktów z tymi instytucjami wręcz starannie unikali. Funkcjonariusze tych instytucji natomiast poszukiwali kontaktu z nimi. Co zrozumiałe, wszczynając karne postępowania przygotowawcze za ich naganną postawę (z reguły delatorstwo lub brutalne postępowanie względem Polaków) wysługiwania się w czasie wojny nazistom. Jednakże często też, wbrew prawu, pod nieprawdziwymi zarzutami, będącymi jedynie pretekstem dla wyrzucenia tych osób z zajmowanych przez nich mieszkań, zagarnięcia czy wręcz rabunku ich mienia, umieszczania zaś ich samych w miejscach odosobnienia, często w tych samych więzieniach czy obozach, w których do niedawna hitlerowcy przetrzymywali Polaków. Pielęgnowana przez pięć lat okupacji żądza odwetu była teraz realizowana ze szczególnym zaangażowaniem. Krótko mówiąc, gwałt odciskał się obecnie gwałtem. Gorzej, że często dotykał niewinnych Polaków, którym wcześniej, właśnie gwałtem, została narzucona niemczyzna. Szczególnie dramatyczne, godzące wręcz w polski interes państwowy było to, że, potulna wobec organów radzieckich, nowa polska władza administracyjna niektórych wyzwolonych już od Niemców terenów starała się nie dostrzegać organizowania przez NKWD wywózek do łagrów pracy w ZSRR licznych grup tych Polaków, którzy przez Niemców zostali pod przymusem wpisani na volkslistę. Choć wobec zrehabilitowanych zgodnie z przepisami wcześniej tu wymienionej ustawy majowej z 1945 r. formalnie nie mogły już być stosowane jakiekolwiek restrykcje, to jednak generalnie środowisko byłych volksdeutschów było zarówno przez społeczeństwo, jak i różne organy władzy państwowej i dyrekcje zakładów pracy traktowane nieufnie, wręcz z elementami sekującymi.
W rozdziale V – Kara… bądź wysiedlenie zostały omówione ówczesne projekty nowych rozwiązań prawnych ze szczególnym naciskiem na indywidualizację kary i problem ścigania „przestępstw faszystowsko-hitlerowskich” . W podrozdziale „Losy Niemców – przesiedleńców z Europy Wschodniej i Południowo-Wschodniej” Autor opisał trudne położenie tych, których naziści na siłę, jako Niemców, ściągnęli na teren okupowanej Polski z innych uzależnionych od siebie państw europejskich. Byli to więc przez resztę społeczeństwa niemieckiego tzw. Baltendeutsche, Wohlyniendeutsche, Schwarzmeehrdeutsche i Galiziendeutsche. Mieli stanowić bastiony niemczyzny w miejsce wypędzanych, często likwidowanych bądź wywożonych na przymusowe roboty do Niemiec Polaków. W zdecydowanej większości byli to chłopi, którzy w poprzednich miejscach swego zamieszkania, na których ich rodziny bytowały od pokoleń, nie zdążyli zostać głęboko zainfekowani ideą nazizmu. Teraz z kolei zmuszono ich do podjęcia się podróży powrotnej. Było to dokonywane w ramach odpowiednich, w ramach stosownych do prawa międzynarodowego porozumień z państwami ich poprzedniego miejsca osiedlenia.
Część merytoryczną książki kończy rozdział VI – Likwidacja problemu volkslisty. Decyzje o ostatecznym załatwieniu tej sprawy zostały podjęte w trybie ustawy z 20 lipca 1950 r. o zniesieniu sankcji i ograniczeń w stosunku do obywateli, którzy zgłosili swą przynależność do narodowości niemieckiej . Był to akt prawny o charakterze amnestyjnym. Został przyjęty przed kolejną rocznicą proklamowania manifestu PKWN. Jego wydanie uzasadniano m.in. wkładem pracy nad odbudową kraju większości tych obywateli, którzy, ulegając naciskowi okupanta hitlerowskiego, zgłosili swą przynależność do narodowości niemieckiej, jak też wzmocnieniem i ugruntowaniem władzy ludowej. Podnosi Autor, iż można się domyślać, że było to związane z koniecznością eliminacji z życia publicznego kraju tych przejawów powojennej polityki władz, które mogłyby zakłócać obraz oficjalnej przyjaźni z powstałą w 1949 r. na terenach byłej okupacyjnej strefy radzieckiej Niemiecką Republiką Demokratyczną.
Omówione dzieło profesora Leszka Olejnika byłoby trudno przecenić. Zarówno bowiem dla naukowców, jak i dla publicystów, czy wreszcie dla „zwykłego” czytelnika zamierzającego pogłębić swą wiedzę o poznanie tego bardzo trudnego dla jednoznacznych ocen zjawiska w aspektach historycznym, prawnym, politologicznym czy socjologicznym, stanowi świetnie udokumentowane źródło informacji.
Wystarczy wskazać, że treść książki legitymizuje niezwykle bogaty materiał bibliograficzny. Jest on bardzo dokładnie usystematyzowany. Po części merytorycznej dołączonych jest 21 aneksów, na które składają się odpisy różnych instrukcji, okólników, sprawozdań, rezolucji ówczesnych centralnych organów administracyjnych, odnoszących się do tytułowego zagadnienia. W ponad dwieście pozycji bibliograficznych wchodzą wykazane źródła archiwalne, informatory, kalendaria, słowniki, materiały niepublikowane (o charakterze wspominkowym) i ponad sto pięćdziesiąt pozycji, na które składają się zarówno wydania książkowe, jak też naukowe materiały publicystyczne łącznie. Autor nie omieszkał też zaopatrzyć prezentowanej pozycji w indeks osób.
Akurat siedemdziesiąt lat, jakie w tym roku upływa od pamiętnej dla naszego narodu daty września 1939 r., może znów stać się impulsem do wielu rozważań odnoszących się do zagadnień związanych z dramatycznym położeniem społeczeństwa polskiego pod okupacją niemiecką. Jako wykładowca prawa na wyższej uczelni pozwalam sobie polecić wskazaną książkę Profesora również jako cenną pomoc dydaktyczną.

[Pełna wersja recenzji - z przypisami - dostępna jest w wersji drukowanej]





(c) copyrights by Palestra.pl, all rights reserved design & powered by: abgstudio.com